Zdążyła dostrzec, że Val niezdarnie sięga lewą ręką za głowę, pod poduszkę, i z przerażającą szybkością wydobywają na wierzch. Długie ostrze przeszyło powietrze i wbiło się we framugę drzwi, zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od głowy Maris. Nóż był czarny, ostry, z ozdobną, obsydianową rękojeścią, lecz nie dość sprężysty; złamał się przy zetknięciu z drzwiami. Maris musiała wyglądać na przerażoną. Val uśmiechał się. Nigdy nie należał do mojego ojca powiedział. Mój ojciec nigdy niczego nie miał. Ukradłem ten nóż Arakowi. Spojrzeli sobie w oczy i Val zaniósł się pełnym goryczy śmiechem. Pozbądź się go w moim imieniu, dobrze, jednoskrzydła? Maris uśmiechnęła się i pochyliła, żeby zebrać połamane kawałki. Maris postarzała się w niespełna minutę. Kiedy żegnała zwierzchnika Thayos, jeszcze czuła się młodo. Opuściwszy jego skalistą, ubogą siedzibę, szła w stronę morza wilgotnym, mrocznym tunelem wydrążonym w paśmie górskim. Kroczyła szybko, ze stożkowatą latarnią w dłoni i ze złożonymi skrzydłami na plecach. W jej uszach rozbrzmiewały echa rozmaitych dźwięków i powolne kapanie wody. Liczne kałuże sprawiły, że Maris przemoczyła buty i marzyła o szybkim wydostaniu się na powierzchnię. Ujrzała niebo dopiero o zmierzchu. Przybrało barwę zgaszonego fioletu tak ciemnego, że niemal przechodzącego w czerń; wyglądało jak gigantyczny, bolesny i krwawiący siniak. Wiatr był zimny i niesforny. Maris wyczuwała, że wkrótce rozpęta się straszliwa burza, dostrzegała jej oznaki w skłębionych chmurach. Zatrzymała się u podnóża nadgryzionych zębem czasu schodów, które prowadziły na nadmorską skałę, i rozważała powrót, zatrzymanie się na noc w bazie, odłożenie dalszej podróży do świtu. Jednakże myśl o ponownej wędrówce przez długi tunel budziła w niej przerażenie.

(Reklama: )