Gdy tylko zamajaczyła przed nią szósta brama, nagle natrafiła na zimny, spychający w dół podmuch, który nie miał prawa wystąpić w tym miejscu. Chwycił ją na ułamek sekundy, ale to wystarczyło, żeby otarła się skrzydłami o ziemię, a potem zaryła nogami w mokry piasek i sunęła po wybojach, aż w końcu zatrzymała się w cieniu pechowej bramy. Zobaczyła jasnowłosą dziewczynkę, która podbiegła do niej i pomogła jej wstać, a potem zaczęła składać skrzydła. Maris była zadyszana i rozbawiona. Zaliczyła pięć bram. Wynik nie najlepszy tego dnia, ale całkiem przyzwoity. Corm miał do Vala tak dużą stratę, że nie zdołałby jej wyprzedzić. Musiałby całkowicie ją pognębić, odnieść druzgocące zwycięstwo, dostać od każdego z sędziów po dwa kamyki, a na to nie było go stać. On sam zdawał sobie z tego sprawę. Zniechęcony jej dobrym lotem, nawet się nie starał jej dorównać. Zatrzymał się już na czwartej bramie, co oznaczało zdecydowany triumf Maris, a zarazem Vala.

(Reklama: )